Strona główna / Moto / Kobieta na krańcu świata: Elspeth Beard

Kobieta na krańcu świata: Elspeth Beard

Czy na Bałkany warto jechać dużym sprzętem, czy jednak coś mniejszego, poręczniejszego będzie wygodniejsze? Czy planując wycieczkę przez Europę lepiej pojechać na moim ADV czy na czymś szosowym? Czy wyprawa solo to nie za duże ryzyko? Dzisiaj takie pytania na grupach motocyklowych to nic nadzwyczajnego. Większość osób planujących dalszą wyprawę próbuje optymalnie dobrać sprzęt – od samego motocykla po wyposażenie i nie zawsze potrzebne gadżety.

Banałem jest stwierdzenie, że najlepszy motocykl na dalekie wyprawy, to ten którym aktualnie jeździsz. Przykłady na poparcie tej tezy można mnożyć. Dzisiaj zapraszam Was w podróż dookoła świata, która zaczyna się ponad 40 lat temu – w 1982 roku, na zakupionym 3 lata wcześniej, używanym BMW R60/6.

Historia Elspeth Beard pokazuje, że do wielkiej podróży nie trzeba specjalistycznego sprzętu, planów marketingowych, sponsorów ani listy „must-see” a nawet „must-have”. Jedynie determinacja do ruszenia w drogę i pogodzenie się z tym, że nie wszytko pójdzie idealnie. I to nie jest metafora — tak naprawdę wyglądało życie Elspeth Beard przez ponad 2 lata samotnej podróży dookoła świata!

Na początek wystarczy szczypta szaleństwa

Zaczęło się niewinnie, od zakupu BMW R60/6 w 1979 roku. Doświadczenie motocyklowe Elspeth zdobywała objeżdżając Szkocję, Irlandię następnie Europę (w tym Korsykę). Lato 1981 roku spędziła w Los Angeles z bratem, gdzie kupili BMW R75/5, którym przejechała całe stany aż do Detroit. To ok 2.300 mil, czyli ok 3.700 km.

Po tych doświadczeniach, w wieku 23 lat, w październiku 1982 roku zostawiła rodzinę i studia architektoniczne w Londynie i wsiadła na swoje BMW R60/6 z 1974 roku — używany motocykl z dużym przebiegiem, który kupiła wcześniej po prostu jako praktyczny środek transportu. Nie było to żadne „Adventure” z katalogu marzeń, a klasyczny boxer o pojemności 600 cm3.

Elspeth nie miała GPS-u, smartfona ani internetu. Wyprawę planowała z mapami papierowymi i własnymi notatkami. To co dziś wydaje się wręcz lekko szalone, wtedy było normą. Nie było przewodników ani grup online — każdy kolejny kraj był dla niej osobnym wyzwaniem logistycznym, kulturowym, językowym, pogodowym.

Zaczęła w Nowym Jorku — wysłała swój motocykl statkiem z Wielkiej Brytanii i ruszyła na północ do Kanady, potem zjechała na południe przez Meksyk i znów do USA, aż dotarła do Los Angeles. Stamtąd motocykl wysłała do Australii, a sama poleciała tam samolotem.

Ahoj przygodo!

W Sydney okazało się, że pieniądze, które zaoszczędziła przed wyjazdem (pracując w londyńskim pubie), topnieją dużo szybciej niż można się było spodziewać. Zanim znów ruszyła w trasę, musiała przez siedem miesięcy pracować, żeby zebrać środki na kolejne etapy wyprawy.

Nie obyło się bez dramatów: w Australii miała wypadek, który skończył się dwutygodniowym pobytem w szpitalu. W Singapurze zaś została okradziona — straciła paszport, dokumenty motocykla i wizy, i sześć tygodni spędziła na odtwarzaniu papierów, zanim mogła kontynuować podróż.

Kolejny etap podróży był brutalnym zderzeniem romantycznego obrazu motocyklowych podróży z rzeczywistością. Lądowa trasa do Indii przez Birmę okazała się zamknięta, więc Elspeth musiała zawrócić na południe i szukać alternatywy. Wtedy wydarzył się jej drugi poważny wypadek. Na drodze w Tajlandii spod ciężarówki wybiegł pies — uderzenie było nagłe, motocykl wypadł z toru jazdy i zatrzymał się dopiero na drzewie. Ona sama wyszła z tego poturbowana, poobijana, ledwo trzymająca się na nogach. Przez dwa tygodnie dochodziła do siebie w domu ubogiej tajskiej rodziny, która przyjęła ją bez pytań i bez oczekiwań. Dopiero po rekonwalescencji była w stanie ruszyć dalej — do Penang w Malezji, gdzie załadowała swoje BMW na statek płynący do Madrasu. Morze stało się wtedy jedyną możliwą drogą naprzód.

Indie przywitały ją chaosem i politycznym napięciem. Z Madrasu ruszyła na północ, do Kalkuty, a potem do Katmandu — miejsca szczególnego, bo po raz pierwszy od niemal dwóch lat spotkała tam swoich rodziców, którzy przylecieli z Anglii. To właśnie w Katmandu po raz pierwszy od wyjazdu z Europy spotkała innego motocyklistę podróżującego lądem — Holendra na BMW R75/7. Część drogi przez Indie pokonała samotnie, ale towarzystwo pojawiło się w idealnym momencie, bo opuszczenie Indii okazało się logistycznym koszmarem. Po szturmie Złotej Świątyni Sikhów w Amritsar cały Pendżab został zamknięty dla cudzoziemców, a jedyna lądowa trasa na zachód — przez Pakistan — formalnie nie istniała.

Tygodnie spędzone w Delhi, próby zdobycia pozwoleń i dwie nieudane wizyty na granicy pokazują, że największym wrogiem nie był tu motocykl ani droga, lecz biurokracja. Gdy w końcu udało się wjechać do Pakistanu, pojawiło się kolejne wyzwanie: Iran po rewolucji, tylko siedem dni na przejazd przez kraj i… ciężkie zapalenie wątroby, przez które Elspeth ledwo była w stanie stać. Jechała w kasku niemal bez przerwy — jako improwizowanej osłonie w kraju, gdzie kobieta na motocyklu była czymś kompletnie niezrozumiałym. Dopiero Turcja przyniosła chwilę wytchnienia: czas na regenerację, naprawę motocykla i powolny powrót do sił. Dalej było już „tylko” zimno w Alpach i niebezpieczna jugosłowiańska autostrada śmierci — Europa, która po tym wszystkim wydawała się zaskakująco łatwa.

Ponad 35 000 mil i lata milczenia

Cała podróż trwała ponad dwa lata, a dystans jaki przejechała Elspeth to około 35 000 mil (~56 000 km). Przy czym finał podróży nie oznaczał początku medialnej fascynacji — po powrocie schowała dzienniki, zdjęcia i zapiski w pudełku, które przez dekady leżało w jej garażu, zanim ktoś w 2008 roku nie odkrył ich na nowo i nie zaczął o niej pisać.

Nie było wywiadów, opowieści o szalonej przygodzie w podcastach, na Youtube czy choćby w telewizji (ta ostatnia w przeciwieństwie do wcześniej wymienionych już istniała). Była podróż trwająca w dużym przybliżeniu ok 800 dni! Ponad 2 lata, jazdy, walki z przeciwnościami, kolekcjonowania wspomnień i… Wszystko to wyłącznie dla siebie, „do szuflady”.

Przeczytaj też: BMW R80 G/S, czyli początki klasy Adventure.

A BMW wciąż jeździ

W 2017 roku Elspeth w końcu opublikowała swoje wspomnienia pod tytułem Lone Rider: The First British Woman to Motorcycle Around the World. To nie tylko podróżniczy pamiętnik, ale również zapis ludzi, miejsc, problemów i absurdów, które napotykała na trasie.

Po wyprawie zbudowała karierę jako architektka – jej projekt adaptacji Munstead Tower został nagrodzony przez Royal Institute of British Architects – a dziś prowadzi własną pracownię w Godalming.

I wreszcie, co być może najważniejsze z perspektywy motocyklisty: jej BMW R60/6 nie było bajeranckim adventure, tylko zwykłym, używanym bokserem. Sprzęt nie robił za gwiazdę — to ona zrobiła z niego „idealnego ADV”. Silnik motocykla został rozebrany i całkowicie przebudowany przez właścicielkę, która nadal jeździ tym motocyklem. W garażu jest też BMW R80 GS Basic z 1998 roku, użytkowany na codzień.

Fakt, że R60/6, konstrukcja z lat 70. dała radę na takiej trasie świadczy o jednym: prawdziwe podróżowanie nie zaczyna się od wyboru maszyny, tylko od decyzji, by ruszyć.


Przypisy:

Jeśli historia Was zaciekawiła, to polecam oficjalną stronę, gdzie znajdziecie więcej informacji o całej wyprawie: elspethbeard.com/


👈 Zapisz się do newslettera, aby być na bieżąco z aktualnościami z motocyklowego świata!

Zdjęcia:

Wszytskie zdjęcia pochodzą ze strony internetowej elspethbeard.com

Tagi: