To pytanie wraca do mnie regularnie. Czasem pada pół żartem przy kawie, czasem z lekką ironią, a czasem zupełnie serio, kiedy ktoś widzi, że po jeździe jest wyraźnie spokojniejszy niż przed nią. I zawsze mam chwilę zawahania, bo odpowiedź wcale nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać.
Sam lubię powtarzać, że „motocykl czyści głowę”. Brzmi dobrze, nośnie. Prawie jak hasło z reklamy. Tylko że im dłużej jeżdżę, tym bardziej widzę, że sprawa jest trochę bardziej skomplikowana.
W pierwszym sezonie motocykl był dla mnie przede wszystkim emocjami. Prędkością. Dźwiękiem. Trochę buntem, trochę spełnieniem marzenia, trochę odreagowaniem. Jeśli coś mnie wkurzało, wsiadałem i jechałem. Wracałem zmęczony, zgrzany, ale w zdecydowanie lepszym humorze.
Wtedy byłem przekonany, że to właśnie działa jak terapia. Problem? Problem zostawał tam, gdzie był. Ja po prostu na chwilę przestawałem o nim myśleć.
Z czasem zrozumiałem różnicę między ucieczką a porządkowaniem sobie głowy. Ucieczka polega na tym, że próbujesz zagłuszyć myśli gazem i adrenaliną. Porządkowanie zaczyna się wtedy, gdy przestaniesz traktować jazdę jak sposób na przykrycie problemów, na zapomnienie o nich.
Dziś motocykl nie rozwiązuje moich spraw. On daje mi przestrzeń, żebym mógł je poukładać. Kiedy jadę, nie mam dostępu do miliona bodźców. Nie scrolluję. Nie odpisuję. Nie analizuję w nieskończoność tego, co ktoś powiedział trzy dni temu. Skupiam się na drodze, na ruchu, na tym, co tu i teraz. I to skupienie daje przestrzeń do odpoczynku dla głowy.
To nie jest magia. To nie jest romantyczna wizja samotnego jeźdźca, który na dwóch kołach leczy złamane serce czy potłuczone myśli. To raczej bardzo przyziemne doświadczenie: przez godzinę jesteś w stu procentach obecny. A to w dzisiejszym świecie jest bezdyskusyjnym luksusem.
W moim przypadku wszystko zmieniło się, gdy przestałem jeździć, żeby coś komuś udowodnić. Kiedyś ważne były parametry, wrażenie, jakie robi maszyna, dynamika. Dziś coraz częściej wybieram drogę, która nie ma żadnego sensu poza tym, że mam ochotę nią pojechać. Bez celu. Bez planu. Bez presji.
Wracam do domu spokojniejszy. Nie dlatego, że świat się zmienił. Tylko dlatego, że ja mam w sobie mniej napięcia. Łatwiej mi rozmawiać. Łatwiej podejmować decyzje. Łatwiej przyznać się przed sobą do rzeczy, których wcześniej wolałem nie dotykać.
Czy nazwałbym to terapią? Gdybyśmy mieli być precyzyjni – nie. Terapia to proces, relacja, praca nad sobą w bezpiecznych warunkach. Motocykl tego nie zastąpi i nigdy nie powinien.
Ale czy może być narzędziem do regulowania siebie i swoich emocji? Dla mnie tak. Tak samo, jak bieganie dla jednych, siłownia dla innych czy długa rozmowa z kimś zaufanym. To przestrzeń, w której łatwiej usłyszeć własne myśli.
Motocykl wzmacnia to, co już masz w środku. Jeśli szukasz sensu – pomoże ci go odnaleźć. Jeśli uciekasz – da ci bardzo wygodny sposób, żeby, choć na chwilę, uciec.
Dlatego, kiedy dziś ktoś pyta, czy motocykl to moja terapia, nie odpowiadam ani żartem, ani wielkimi słowami. Mówię po prostu, że pomaga mi zachować równowagę. A w dorosłym życiu równowaga bywa ważniejsza niż spektakularne przełomy.


