Piszę o tej grze ponad trzy lata po jej premierze. Nie dlatego, że coś mi umknęło albo że nadrabiam zaległości z listy „klasyków”. Po prostu przez ostatnie lata miałem dłuższą przerwę od gier wideo. Inne rzeczy były ważniejsze, inne formy rozrywki wygrywały. Powrót do grania przyszedł naturalnie wraz z pojawieniem się PS5 PRO w domu. Pomyślałem, że skoro wróciłem do konsoli, to może coś z przegapionych w trakcie tych kilku lat przerwy gier, którymi znajomi się zachwycali nadrobię. Jest TLOU w „plusie” – pomyślałem „zobaczmy”.
Tu uwaga – nie cierpię craftowania, ciągłych braków zasobów, nie lubię gry gra mnie straszy etc. Traktuję granie jako rozrywkę (dlatego też, z szacunku dla swojego zdrowia psychicznego nie grywam online), więc jak można się domyślać, wybór TLOU był (teoretycznie) najgorszym możliwym… A okazało się że gra mnie wciągnęła.
Skończyłem fabułę The Last of Us – Part I w nieco ponad 20 godzin. Jestem daleko od platyny, nie sprawdzałem wszystkich trybów, nie czyściłem mapy, nie wymaksowałem skilli. A mimo to mam bardzo rzadkie poczucie, że właśnie skończyłem coś naprawdę ważnego. Coś, co kompletnie nie pasuje do mojego podejścia do gier… a jednak zadziałało w stu procentach.
TLOU to nie jest gra dla mnie?
Zazwyczaj traktuję granie jako czystą rozrywkę. Lubię płynność, tempo i jasne zasady. Nie przepadam za craftowaniem, liczeniem zasobów ani stresem, że za rogiem zabraknie amunicji. Cut-scenki często przewijam, fabuła bywa dla mnie jedynie tłem. The Last of Us zrobiło ze mną coś zupełnie niespotykanego.
Po raz pierwszy od dawna oglądałem każdą scenę i śledziłem fabułę. Bez zerkania w telefon, bez ciśnięcia „do przodu”. Historia Joela i Ellie wciągnęła mnie w sposób naturalny, bez tanich trików. Dialogi są oszczędne, emocje czytelne, a relacja bohaterów rozwija się spokojnie, krok po kroku. Dzięki temu wszystko wybrzmiewa mocniej.
TLOU to jest gra dla mnie!
Największym zaskoczeniem było jednak to, że mechaniki, których zwykle nie znoszę, tutaj zaczęły sprawiać mi przyjemność. Ograniczone zasoby? Zamiast frustracji pojawiło się skupienie. Złapałem się na tym, że zaglądam w każdy kąt, szukam każdej „śrubki”, dokładnie planuję, co wytworzyć i kiedy. Craftowanie przestało być obowiązkiem — stało się częścią opowieści o przetrwaniu. W tej grze to sensowna, logiczna i bardzo naturalna konsekwencja świata w jakim funkcjonujemy. Dodaje wiarygodności i buduje spójny odbiór tytułu.
Równie nietypowe było tempo mojej rozgrywki. Zamiast pchać się do przodu, zwalniałem. Chodziłem, patrzyłem, słuchałem. Opuszczone miasta, zarośnięte ulice i rozpadające się wnętrza budynków robią ogromne wrażenie, szczególnie w tej odświeżonej wersji. PS5 Pro pokazuje tu pełnię możliwości — gra jest ostra, płynna i niezwykle klimatyczna. Świat wygląda pięknie w swoim rozpadzie i na długo zostaje w głowie. A te żyrafy… Ależ to był widok!

Walka nie jest celem samym w sobie. Jest napięta, często brutalna, ale zawsze podporządkowana narracji. Każde starcie ma wagę, bo wiadomo, że konsekwencje są realne. To sprawia, że sukces daje satysfakcję, a porażka uczy ostrożności, zamiast irytować.
TLOU to wciągająca przygoda!
Najważniejsze jednak jest to, że The Last of Us – Part I okazało się grą idealną dla kogoś, kto nie szuka wyzwania dla samego wyzwania. Dla kogoś, kto chce przeżyć historię, zanurzyć się w świecie i poczuć emocje. Bez presji, bez zbędnego kombinowania, bez konieczności „grania perfekcyjnie”.
Zaskakujące jest także samo zakończenie. Nie w sensie fabularnego zwrotu akcji, lecz emocji, które zostawia. Jest w nim coś celowo niekomfortowego, niedopowiedzianego, a nawet lekko rozczarowującego — jakby gra świadomie odmówiła klasycznej satysfakcji. Przez chwilę miałem poczucie, że coś mi zabrano, czegoś pożałowano. Gra w finale nie daje jednoznaczności, prostego katharsis, jasnej odpowiedzi ,wielkiego finału, na który trochę się czeka „po tak”skoro tyle już przeszliśmy”.
Z czasem jednak dotarło do mnie, że dokładnie o to tu chodzi. Ten finał nie zamyka historii ładną klamrą, tylko zostawia z pytaniami i niepokojem. I właśnie dlatego, choć początkowo może drażnić, zostaje w głowie na długo po odłożeniu pada.
Gdy pojawiły się napisy końcowe, nie czułem ani ulgi, ani zmęczenia. Czułem niedosyt — ten dobry, rzadki niedosyt. Dlatego decyzja mogła być tylko jedna: The Last of Us – Part II już się pobiera.



