Kiedyś wracaliśmy do domu, odpalaliśmy pierwszy komputer czy konsolę i… świat po prostu znikał. Szkoła, oceny, konflikty, problemy – wszytko to zostawało w realu, a my? My przenosiliśmy się do innego świata! Gry pozwalały na chwilę oddechu, zapomnienia o codzienności, nie wspominając już o możliwości pokonania smoka czy wygrania rajdu!
Nie graliśmy dla kolejnych osiągnięć, odznak, platyn etc. Gry nie zaczynaliśmy od sprawdzenia listy aktualnych wyzwań, które pozwolą zmienić kolor ubioru naszego bohatera. Wchodziliśmy do świata gry to samo w sobie było wystarczające. W Mass Effect słuchałeś rozmów załogi jak ktoś, kto wreszcie ma chwilę spokoju. W GTA jeździłeś bez sensu po mieście, bo fajna była jazda sama w sobie. W Baldur’s Gate eksplorowaliśmy każdy kąt mapy dla poznawania świata a nie maksowania kolejnych statystyk postaci. No dobra, od grania zmaksowaną postacią jeszcze nikt nie zginął.
Czy gry to jeszcze rozrywka?
Współczesna gra często przypomina skrzyżowanie korporacyjnego dashboardu z aplikacją do zarządzania zadaniami. Jeszcze dobrze się nie zalogujesz, a już masz przegląd obowiązków: zrób misję dzienną, podejmij cotygodniowe wyzwanie, odblokuj sezonowy dodatek. Jeśli nie zrobisz tego teraz, przepadnie. Jeśli nie przepadnie, to gra i tak przypilnuje, żebyś czuł lekkie wyrzuty sumienia i poczucie winy. Jakbyś był pracownikiem miesiąca i każdego dnia musiał walczyć o utrzymanie tej pozycji. Ale nie wszystko da się zwalić na deweloperów.
Ostatnie lata uświadomiły mi, że pewne rzeczy robię właśnie dla rozrywki, dla relaksu, żeby odpocząć, zmniejszyć poziom stresu, żeby nie mieć „spiny”. Uświadomiłem to sobie kiedy zmieniłem styl jazdy na motocyklu, na spokojniejszy, mniej nerwowy, z większym luzem. Wtedy dotarło do mnie, że właśnie po to wsiadam na dwa kółka – żeby mieć fun, przyjemność z czasu spędzonego „w siodle”. Z grami jest taka samo! Przecież gram żeby się zrelaksować, to ma być miło spędzony czas. Wyznaczonych i narzuconych zadań i celów mamy wystarczająco w codziennym życiu. Nie ma sensu sobie tego dokładać!
My, gracze, też się zmieniliśmy
Zniknęła zgoda na „wystarczająco dobre”. Internet pokazał nam, że zawsze ktoś gra lepiej, szybciej, celniej. TikTok pokazuje perfekcyjne akcje, YouTube tłumaczy, że każda gra ma „właściwy” build, a wszystko, co robisz po swojemu, jest niepotrzebną stratą czasu. Człowiek włącza nową grę, próbuje czegoś po omacku, a tu nagle cała społeczność informuje go, że robi to źle. Bo „wystarczyło” wziąć inny talent, inny przedmiot, inny kierunek rozwoju. W takich warunkach trudno o zwykłą zabawę i frajdę z grania
Pamiętam własne zaskoczenie, gdy jedna z gier, którą uważałem za wymagającą, została w sieci ochrzczona jako „prosta”. I to z taką pewnością, jakby mówili o parzeniu herbaty. Człowiek próbuje zrozumieć mechanikę, a w komentarzach widzi wykład z optymalizacji, który wygląda jak dokumentacja techniczna. Po chwili zderzasz się z myślą: może mi brakuje skilla, może powinienem się bardziej postarać? I tak, po trochu, gra staje się kolejnym zadaniem na liście do odhaczenia tego dnia, kolejnym „powinienem” zamiast relaksem.
Może więc problem nie polega na tym, że gry stały się gorsze. Może po prostu nauczyliśmy się traktować je tak samo jak codzienność: zadaniowo, wydajnie, z poczuciem, że trzeba „wycisnąć” z nich jakąś wartość. Tymczasem gry — paradoksalnie — były atrakcyjne właśnie dlatego, że nie miały wartości poza samą zabawą.
Jak wrócić do „rozrywkowego” grania?
W pierwszej kolejności warto sobie uświadomić, że gram dla siebie. Nie po to aby porównywać swoje wyniki z jakimś gościem na reddicie z drugiego końca świata czy popularnym youtuberem. Każdy z nich najpewniej ma dużo więcej czasu na granie, niż Ty, traktujący to jako rozrywkę. Mogą też być specami od danego gatunku – czy to będzie survival, symulator czy sim racing – co sprawia, że te porównania zupełnie tracą sens.
Moje doświadczenie z The Last of Us pokazało, że warto też czasem sięgnąć po tytuł z „nieswojego” gatunku, po coś po co zwykle byście nie sięgnęli. Jeśli podejdziesz do tego jak do eksperymentu, próby poznania (może na nowo) nowego gatunku, innej platformy, „nieintuicyjnych” mechanik, to może wróci ten dreszcz niepewności i ekscytacji jaki towarzyszył grom dawniej. Bez poradników, bez patrzenia na tabelki, bez kombinowania, czy ta umiejętność jest „warta inwestycji”. Dobrze czasem pobłądzić.
Albo — i to działa zaskakująco dobrze — pograć z kimś, kto z grami na codzień nie obcuje. Z osobą, która na dźwięk słowa „build” myśli raczej o budowie domu. Nagle widzisz na własne oczy, że dla kogoś największym sukcesem potrafi być zwykły skok w dobrym momencie, czy pokonanie najłatwiejszego poziomu. Ja uwielbiam grać z córką, bo ma zupełnie inne podejście do rozwiązywania problemów, co świetnie nam się sprawdza we wszelkich lokalnych co-opach.
W ramach wspomnianego wcześniej grania dla siebie, wato odpalić grę po nic. Dosłownie. Włączyć grę i nie mieć żadnego planu. Pokręcić się. Poeksperymentować. Zrobić coś głupiego. Wyjść z gry, jeśli ci się odechce, bez poczucia, że zostawiasz coś „niedokończonego”. To prosty sposób na odzyskanie przestrzeni, która była normalna dwadzieścia lat temu. Dzięki temu łatwiej odzyskać radość z grania.
Gry mają cieszyć a nie frustrować
Bo najlepsze momenty w grach wcale nie były rezultatem świetnych statystyk, wyśrubowanych wyników czy imponujących osiągnięć. Najlepsze momenty brały się z luzu, braku „napinki” i cieszenia się chwilą. Z tego, że nie zastanawiałeś się, czy grasz właściwie. Po prostu grałeś.
I może to jest kierunek powrotu — nie spektakularna rewolucja, tylko mały gest: zgoda, że nie musisz być w niczym najlepszy.
W końcu gry nie powstały po to, żeby coś komuś udowadniać. Powstały po to, żeby się dobrze bawić.
PS Obrazek główny pochodzi z gry Tom Clancy’s Ghost Recon Breakpoint, którą ograłem kilkukrotnie jeszcze na PS4, później 2 razy na xBoxie i chętnie do niej wrócę ponownie. Ani razu nie miałem potrzeby zrobienia na niej platyny.



