Ted Simon
Strona główna / Moto / Ted Simon – w 100.000 km dookoła świata

Ted Simon – w 100.000 km dookoła świata

Za każdym razem, gdy rozmowa schodzi na temat „odpowiedniego motocykla do podróży”, przypominają mi się historie jak ta – Teda Simona. Nie dlatego, że była najbardziej ekstremalna czy spektakularna, ale dlatego, że podważa sens tych dyskusji. Simon nie szukał idealnej konfiguracji ani właściwego momentu. W pewnym sensie w ogóle nie szukał wyprawy. Chciał po prostu być w drodze i sprawdzić, co się wydarzy, jeśli da sobie na to czas.

W 1973 roku miał 42 lata. Był doświadczonym dziennikarzem i fotografem, współpracował z “The Sunday Times”, widział konflikty zbrojne, politykę i ludzkie dramaty z bardzo bliska. I właśnie z tego doświadczenia narodziła się potrzeba zmiany. Zamiast samolotów i hoteli — droga. Zamiast kalendarza redakcyjnego — własne tempo.

Triumph Tiger 100 i cztery lata bez planu

Simon wybrał Triumpha Tigera 100 o pojemności 500 cm³ — motocykl prosty, już wtedy technicznie przestarzały, daleki od tego, co dziś nazwalibyśmy maszyną wyprawową. Nie było w tym wyborze żadnej filozofii poza jedną: to był sprzęt, który znał i który dało się naprawić bez specjalistycznego zaplecza. Reszta miała się wydarzyć po drodze.

Wyjechał z Anglii w październiku 1973 roku. Nie z jasno rozpisaną trasą dookoła świata, ale z ogólnym kierunkiem i otwartością na zmiany. Wrócił cztery lata później, po przejechaniu ponad 100.000 km i odwiedzeniu 45-ciu krajów na kilku kontynentach — od Europy, przez Bliski Wschód i Afrykę, po Amerykę Południową i Azję.

To była podróż pełna przerw, przestojów i improwizacji. Simon pracował dorywczo, kiedy kończyły się pieniądze. Zatrzymywał się na dłużej tam, gdzie czuł, że jeszcze nie czas ruszać dalej. Czasem jechał samotnie, czasem z ludźmi poznanymi przypadkiem. Motocykl regularnie się psuł, brakowało części, a naprawy często miały więcej wspólnego z cierpliwością niż z mechaniką. I to w ogóle nie był problem.

„Ted Simon” – książka, która nie jest o motocyklu

Z tej czteroletniej drogi powstała książka „Jupiter’s Travels”, opublikowana w 1979 roku. Do dziś bywa nazywana biblią motocyklowych podróżników, choć to określenie bywa mylące. To nie jest opowieść o technice, sprzęcie ani trasach. Motocykl pojawia się w tle, ale nigdy nie wychodzi na pierwszy plan. Jest narzędziem umożliwiającym bycie blisko ludzi, miejsc i sytuacji, których nie da się zaplanować. Jest pretekstem tej przygody.

Simon pisze o rozmowach, niezrozumieniu, napięciach kulturowych i politycznych. O tym, jak łatwo być obcym i jak szybko to poczucie potrafi zniknąć. O drodze, która zmienia perspektywę nie dlatego, że jest długa, ale dlatego, że daje czas na myślenie. Motocykl jest obecny, bo musi być, ale nigdy nie staje się głównym bohaterem tej opowieści.

Sprzęt to temat zastępczy

Ted Simon nigdy nie próbował zdefiniować siebie przez motocykl. Nie analizował, co „najlepiej się sprawdzi”, nie budował narracji o wyjątkowości sprzętu. Triumph Tiger 100 nie był idealny, ale był wystarczający. I to okazało się ważniejsze niż jakakolwiek specyfikacja.

W tym sensie historia Simona bardzo dobrze koresponduje z opowieściami Elspeth Beard, Lois Pryce czy Helge Pedersena. Różne epoki, różne motocykle, różne charaktery — ale ten sam punkt wyjścia. Sprzęt nie był przeszkodą ani celem. Był impulsem do drogi.

Ja chcę jeszcze raz!

W 2001 roku Ted Simon wrócił na trasę. Tym razem świadomie nawiązując do swojej pierwszej wyprawy. Miał już niemal 70 lat i świat, do którego wyruszał, wyglądał zupełnie inaczej. Granice były inne, ludzie inni, podróżowanie bardziej uporządkowane. Motocykl również się zmienił — Simon jechał BMW R80 GS, maszyną, która przez te trzy dekady stała się symbolem podróżowania na dwóch kołach.

Ta druga podróż była wolniejsza i bardziej refleksyjna. Mniej odkrywania, więcej doświadczania, powrotów do miejsc znanych sprzed lat i sprawdzania, co zostało z dawnych wspomnień. Simon opisał ją później w książce „Dreaming of Jupiter”, która w naturalny sposób domyka jego drogę — nie jako wyczyn, ale jako proces towarzyszący mu w życiu..


W czasach, gdy podróżowanie motocyklem coraz częściej zamienia się w projekt logistyczny, historia Teda Simona przypomina o czymś podstawowym. Droga nie musi być zoptymalizowana. Nie musi być uzasadniona. Nie potrzebuje idealnego motocykla ani idealnego momentu. Potrzebuje decyzji.

I może właśnie dlatego ta opowieść wciąż wraca w rozmowach ludzi, którzy naprawdę jeżdżą. Nie tych, którzy wciąż planują kolejny etap. Tych, którzy już są w drodze.

Ty sam(a) wybierasz kierunek.

Tagi: