Rękawiczki założone, zatyczki w uszach, kask zapięty, ostatnie „kliknięcie”. To wizjer idzie w dół i cała ta codzienna szarość po prostu znika. Bez dzwonków Slacka, bez czerwonych kropek z powiadomieniami i bez tej cichej presji, że trzeba coś natychmiast odpisać.
A powiedzmy sobie wprost: z czysto rozsądkowego punktu widzenia motocykl to absolutnie niedorzeczny pomysł. Przemacza cię do ostatniej nitki dokładnie w połowie drogi między Warszawą a Piotrkowem, kiedy do ciepłej kanapy masz jeszcze dobre sto pięćdziesiąt kilometrów bocznych dróg. Potem tkwisz na jakiejś zakurzonej stacji paliw, pijesz coś, co tylko udaje espresso, i patrzysz, jak ze skórzanych rękawic leci para na rozgrzanym radiatorze. W samochodzie włączyłbyś po prostu podgrzewanie foteli, puścił ulubiony podcast i toczył się dalej w wyciszonej, przytulnej przestrzeni.
A jednak wybieramy dwa koła.
Wcale nie chodzi tu o tani lans pod kawiarnią w centrum miasta ani o żaden przereklamowany kryzys wieku średniego. Motocyklizm to jedna z ostatnich znanych mi form ucieczki, która bezwzględnie wymusza pełną obecność. Zwykle, kiedy chcemy odciąć się od codziennego natłoku, robimy coś dokładnie odwrotnego. Sięgamy po telefon. Przeglądamy rolki, odpalamy kolejny serial i po dwóch godzinach czujemy się jeszcze bardziej przebodźcowani niż wcześniej.

Z motocyklem nie ma takich gierek.
Gdy składasz maszynę w ciasny łuk przy setce na liczniku, twój margines na rozproszenie uwagi wynosi dokładnie zero. Jeśli w tym samym momencie zaczniesz zastanawiać się nad ratą kredytu albo głupim komentarzem szefa z wtorkowego zebrania, po prostu wylądujesz w rowie. Fizyka jest bezlitosna i nie przyjmuje usprawiedliwień. Mózg dostaje więc twardą komendę: odrzuć nieistotną resztę – maile, spotkania, budżety, te rabatę do przekopania i ten nawiew w aucie co przestał działać. Liczy się tylko kąt złożenia, przyczepność opon, twój balans ciałem i plama oleju za najbliższym zakrętem. To rodzaj wymuszonej medytacji, w której jedyną mantrą jest ryk silnika.
Tu pojawia się jednak pewien problem.
Ta cała wolność jest wyjątkowo krótkowieczna. Działa dokładnie do momentu, w którym zgasisz silnik pod domem. Zdejmujesz kask – przy okazji przypominając sobie z irytacją, że znowu musisz wyszorować szybkę z tego „cmentarzyska” owadów – i natychmiast wracasz do punktu wyjścia. Niezałatwione sprawy nie zniknęły magicznie wraz z bakiem paliwa. Czekają dokładnie tam, gdzie je zostawiłeś: na zagraconym biurku, obok niedopitej, zimnej kawy.
Więc czy to jest ucieczka?
Pewnie tylko chwilowa. Ale ja i tak wolę ten chwilowy, pachnący spalinami i rozgrzanym asfaltem reset od kolejnego wieczoru spędzonego na bezmyślnym karmieniu mózgu algorytmami. Chodzi po prostu o to, żeby przynajmniej przez te dwie godziny czuć, że ma się pełną kontrolę nad własnym kierunkiem – nawet jeśli to tylko trasa do nikąd i z powrotem.



